Taka prawda. I rzeczywiście moje ostatnie zachowania gdzieś w tym stwierdzeniu mają źródło.
Całe życie byłam wygrana. Nigdy za wysoko, ale zawsze na tyle by to spokojnie móc uznawać za sukces. Mieszkanie rodziców zawalają teczki z moimi wszelakimi dyplomami, świadectwa z czerwonym paskiem, jest nawet puchar, który dostałam za wygraną w konkursie wiedzy samorządowej. Konkursy recytatorskie, ekologiczne, teologiczne, matematyczne, literackie, plastyczne… Sama nie wiem co jeszcze.
Moje życie harcerskie też było pasmem sukcesów – może nie tak prędko jak bym tego chciała, ale ostatecznie osiągałam swoje zamierzenia, chyba zawsze zbyt małym kosztem. Ba! Nawet na festiwalach muzycznych ludzie doceniali to czego ja w sobie niepotrafiłam usłyszeć.
Pamiętam sytuację w liceum, której nie byłam w stanie pojąć. Ogłoszono konkurs wiedzy o patronie szkoły, a mnie któraś z nauczycielek wepchnęła mnie tam totalnie na siłę. Nie miałam ochoty tam być więc olałam kompletnie przygotowania. Żeby tylko nie upokorzyć się kompletnie wieczór przed konkursem poczytałam chwilę, co wujek Google ma do powiedzenia w sprawie eMsi Skłodowskiej. Przyznali mi pierwsze miejsce. Myślałam, że się załamię. Aż tak się nie przygotować do konkursu to jeszcze mi się nie zdarzyło. Zwłaszcza, że widziałam dziewczyny, które ryły kilka dni specjalnie na tą okazję.
Przyzwyczaiłam się do sukceców, na które nie zasługuję.
W te wakacje dostałam już dwa porządne kopy w dupę. Nie kopniaczki. Solidne kopy niosące za sobą porażkę jak stąd do Chin. W poniedziałek czeka mnie trzecia. A ja zamiast spróbować się zmotywować działam kompletnie odwrotnie. Chowam się w mysiej dziurze i siedzę z nadzieją, że mnie tu nikt nie dojrzy. Nie spyta – jak konferencja? Jak poprawka? Jak egzamin na prawo jazdy?
Ostatni czas, jest dla mnie czasem obrywania po dupie. A ja czuję się przez to tak zemotywowana jak nigdy. I nie chcę podnieść wysoko głowy. Nie wiem czy już nie umiem, czy wstydzę się, że z wysoko podniesioną brodą znów upokarzająco dostanę po łbie – jak nigdy wcześniej.